Felietonowa forma, którą rozpocząłem na początku tego roku bardzo mi się podoba. Trzyma to w ryzach moje “wybredne” pióro, przez co czuję, że do pisania kolejnej, czwartej powieści zabiorę się szybciej niż robię to zwykle. Pomysł na nią mam od dawna, ale zanim nastąpi pisanie na pustej kartce, jest pisanie w głowie. Układają się bohaterowie, atmosfera, tempo, język, zapachy, ulice budowanego świata. Pisanie to długi proces. U mnie. Niech wieczne błogosławieństwo oraz miejsce po prawicy Ojca mają ci, u których trwa to krócej. Kiedy ktoś inny potrafi napisać powieść w trzy miesiące, ja w tym czasie dobieram odpowiednie klocki i części do całej machiny, która (gdy już zacznę pisać) będzie się kręcić dokładnie tak jak chcę. Nie podchodzę do sprawy jak do klepania zdania za zdaniem, które można uprawiać w każdych warunkach. W hałasie pociągu, w drodze na targi, czy nawet w kawiarni, nad czym może powinienem ubolewać, bo siedziałbym w tych kawiarniach częściej, co przełożyłoby się na zdjęcia kawy na moich mediach społecznościowych i na przychylność blokującego mnie (i innych artystów) algorytmu. Algorytmu pokazującego mnie szerszej publiczności. Tutaj algorytmu nie ma. Tutaj może mnie on pocałować w dupę.
Jestem pisarzem wybrednym i coraz częściej nie mogę już patrzeć na środowisko, do którego, jak w upalny dzień do basenu, wskoczyłem z radością, a teraz dryfuję w kącie śmiejąc się przez łzy na widok tego, jak jeden drugiego i trzeci czwartego liże po jego grzecznym, anemicznym odpływie. Płytkim odpływie. „Klepię byle co bo i tak się sprzeda” odpływie. Odpływie „hihihi, hahaha, mamo patrz, jestem pisarką/pisarzem, jesteś dumna? Mamo patrz! Mamo, zajmuję półki moją historią o… o… Mamo, o czym ja piszę?”.
Często wchodzę do księgarni, biorę książki do rąk, czytam pierwsze zdanie, rzadko drugie, jeszcze rzadziej trzecie i je odkładam. Sztuczność wylewa się już z pierwszych liter.
Sztuczność, która jest tuszem druku wielu publikacji i nicią „spajającą” relacje w tym pisarskim świecie.
Tak czy inaczej…
Felietonowa forma przypadła mi do gustu. Eksperyment się udał. Zapisuję sobie o czym chcę pisać, a później o tym nie piszę. Albo wpadnie coś innego do głowy, albo słowa same niosą inną sprawę, albo nagle uznaję, że temat ten nie jest odpowiedni na felieton. W końcu jak tu pisać o tym, że według mnie Whitney Huston jest/była przereklamowana. Tak samo Michael Jackson i inne legendy, którymi gwałcą nasze uszy w radio, dlatego staram się słuchać go jak najrzadziej. Na pierwsze nuty „Time To Say Goodbye”, „We Are The Champions” albo „Eye Of The Tiger” dostaję torsji. Tak samo jak na widok ludzi, którzy na TikToku ruszają ustami do podkładu dźwiękowego. Co trzeba mieć w głowie, żeby skierować na siebie kamerę, nagrać takie wideo, a potem pomyśleć „Hmm, ale tu jestem zabawny. Opublikuję to”. Może tego nie rozumiem? Dzisiaj każdy taki film jest według mnie sfrustrowanym i desperackim wołaniem o dostrzeżenie „fajności” jego autora. Blamażem, którego nie zakryje żaden filtr.
Stańczyk miałby dzisiaj ręce pełne roboty…
Felietonowa forma jest wspaniała. Luźno można pisać o wszystkim, co leży na wątrobie
i luźno można zakończyć tekst.
M.
Podoba ci się moja twórczość? Możesz postawić mi kawę klikając tutaj.
Fot. Camilo Jimenez, Unsplash