Tydzień w plecy 10: O uciekaniu

Wiosna. Ach, znowu wiosna. Świat powoli pyli, moje gardło zamienia się w gwizdek, a na ulice wyjechały samochody i wszelkiej maści motocykle z głośnymi wydechami, których dźwięk roznosi się echem w głowach ich właścicieli. Czy istnieje jakaś specjalna instytucja, która wydaje im prawo jazdy, czy po prostu dostają je na podstawie idiotycznych naklejek na szybach typu „Night rider”, „Queen of speed”, „Audi gang” czy „Całuję lepiej niż prowadzę”? Trzeba to zweryfikować, a później wydawać im zezwolenie na prowadzenie wyłącznie osła albo siebie nawzajem. Wyjdzie na jedno. Świat stałby się wtedy istną planetą małp, którą i tak zresztą jest na co dzień.
Szaleństwa, które wyczyniają się ostatnio chociażby w branży filmowej, zdają się nierealne. W końcu jak inaczej, jeśli nie w szoku, mamy przyswoić fakt, że w kolejnej ekranizacji Hrabia Monte Christo ma być czarny. Śnieżka na ekranach kin uśmiechem naciąga swoje policzki o niebladej karnacji, a Severusa Snape’a w serialowej odsłonie “Harrego Pottera” zagra aktor, który tak naprawdę mógłby zagrać to, w czym Snape się specjalizował – czarną magię. Nawet w oczekiwaniu na film w kinie zmuszony jesteś oglądać reklamy, w której każda zdominowana jest przez „ciałopozytywną” czarną kobietę. „Ciałopozytywna” na lodowisku, „ciałopozytywna” żuje gumę, „ciałopozytywna” tańczy pod prysznicem w ciałoupiętym stroju kąpielowym…
Natarczywość pewnych spraw zamienia je w tragikomedię.

Wiosna. Ach, znowu wiosna. Wszystko zdaje się budzić do życia. W tym głupie pomysły nauczycieli, przez których kilka dni temu dzieci w Dzień bez plecaka musiały targać ze sobą do szkoły wszystkie manele w czymkolwiek, tylko nie plecaku właśnie. Jadąc z rana przez miasto mijałem umęczone twarze przyklejone do małych ciał obciążonych torbą z Action, Ikei, Tedi. To były pierwsze stopnie ich drogi krzyżowej do dorosłości z wielkimi korporacjami na ich barkach. Kiedy przypomnę sobie szkolne lata, wlewa się we mnie czerń niosąca pogłos nauczycielskich wymysłów. „Na jutro kredki o takim kolorze i takim rozmiarze”. „Przynieście farbki wyłącznie olejne”. Nie mogłeś powiedzieć, że farbek nigdzie nie było, bo wszystko wykupione. Nie mogłeś. A kiedy już udało ci się je zdobyć, to na cienkiej kartce z bloku malowałeś swoją olejną traumę. Bloku, który też „miał być rysunkowy, a nie techniczny!”.
Wiosna. Ach, znowu wiosna. Pierwsze wuefy na zewnątrz. Pierwsze mecze w nogę na boisku pod gołym niebem. Byłem na takim meczu. Dzisiaj rano. Grał mój chrześniak. W przerwie między połowami ukryłem się przed zimnym wiatrem w piętrowym budynku przy boisku, gdzie znajdowały się szatnie i szare ściany wyłożone szarymi kafelkami. Puste, chłodne miejsce. Nie lubię takich. Staram się od takich uciekać.
Z ucieczką można żyć dobrze. Można jej podać rękę i czasami dać jej się poprowadzić. Czasami, bo gdy chce nas odciągnąć od problemów, trzeba jej dać po łapach. Uciekam więc od chłodnych miejsc, za których pustką nic nie stoi. Uciekam od sytuacji, z których nie wiem jak wyjść po prostu, gładko. Na przykład od przedłużających się i wprowadzających w zakłopotanie dialogów przy pożegnaniach. „Na razie, miłego dnia”, mówi ktoś. „Dzięki, na razie, również miłego”, mówię ja i już się pocę. „Dzięki”, ktoś odpowiada, a ja czuję jak utknąłem w tej rozmowie na zawsze i sam już nie wiem, czy mam jeszcze za coś podziękować czy czegoś życzyć. Albo słyszę samo „Dziękuję”. „Ja również dziękuję”, odpowiadam. „Nie masz za co”, ktoś dodaje. „Nie no jest”, dodaję ja i motam się w tym słodkim błocie, a potem uciekam i nie wracam do tej osoby już długo.
Kiedy myślę słowo ucieczka, przypomina mi się też jak pewnego, upalnego dnia musiałem coś (nie pamiętam co) załatwić w kościele. Miałem może dwadzieścia lat i wiem, że miałem rozmawiać z proboszczem. Poszedłem więc do tego kościoła. Wszedłem i natknąłem się na coś w rodzaju mszy (nie znam się na nazwach tych wszystkich obrządków). Wierni klęczeli w ławkach, a proboszcz przed ołtarzem. Po chwili wstał, przez naramienny welon chwycił monstrancję i odwrócił się do wyjścia, gdzie ja stałem. Zrobił pierwszy krok, drugi i trzeci. Myślałem, że się zatrzyma, ale on zmierzał w moim kierunku, a za nim wierni. W panice uciekłem z kościoła, na wielki parking przed nim. Mogłem na nim stać i czekać, aż wszyscy wyjdą wlepiając wzrok we mnie, bezbożnika. Mogłem też uciec za kościół. Tak też zrobiłem. Słyszałem szuranie butów, obcasów. Wychodzili. Postanowiłem przeczekać, aż pospacerują i wrócą do środka, gdy nagle odwróciłem się w lewo, a oni nadchodzili prosto na mnie, z proboszczem i monstrancją na czele. Szli dookoła budynku. Uciekłem, nie zamieniając słowa z księdzem.
Teraz też uciekam, bo nie mam ostatniego zdania.

M.

Podoba ci się moja twórczość? Możesz postawić mi kawę klikając tutaj.

Fot. Wesley Tingey, Unsplash

Dodaj komentarz