Tydzień w plecy 11: Mniej człowieka, człowieka mniej

Kilka dni temu wpadł mi przed oczy artykuł z najnowszymi statystkami, które głoszą, że w zeszłym roku urodziło się najmniej Polaków od zakończenia II wojny światowej. W komentarzach narodowe narzekanie, że to wina drożyzny w sklepach, cen mieszkań, stresu… Stała gadka. Główną tezą artykułu było to, że wymieramy na potęgę i Polaków jest coraz mniej.
Mnie ciekawi, dlaczego nikt nie napisał, że jednym ze źródeł sytuacji jest również fakt, że coraz więcej ludzi nie boi się po prostu już mówić otwarcie, że nie chcą mieć dzieci. Że wielu zrywa z tym tradycyjnym modelem życia o tytule „kto ci poda szklankę wody na starość?”. Że rodzina to niekoniecznie 2+1 albo 2+2 (a dla tych pazernych 2+7). Że 1+1 też coś tworzy, i tworzy dobrze, wygodnie, we własnym tempie.
Ale Polacy muszą się rodzić!”.
Na pewno? Czy naprawdę uważamy, że jesteśmy tak wyjątkowi, że powinno nas być coraz więcej, i że chcemy tę wyjątkowość przekazywać dalej?
Oczywiście ktoś zaraz powie, że bez dzieci nie będzie miał kto płacić naszych emerytur. Ale może zamiast straszyć demograficznym armagedonem, warto zadać sobie pytanie gdzie my, kurwa, żyjemy, że od popędu naszego młodszego sąsiada zależy to, czy będzie nas stać na herbatę na starość? Dlaczego w ogóle musimy się rozmnażać, żeby system działał? Może to on sam w sobie jest wadliwy?
Wzbudza to we mnie duże zastrzeżenia, gdy widzę, jak źle dobierane są słowa w tak hucznych ogłoszeniach, jak „brakuje POLAKÓW” czy „POLACY wymierają”. Zalatuje to poczuciem wyższości, ogłaszaniem wymierania gatunku specjalnego, zagrożonego, i cuchnie gloryfikowaniem przynależności do jakiejś grupy etnicznej. Wiemy, że w historii się to nie sprawdzało. A przecież koniec końców, kiedy umrzesz, nie będzie Polaka, tylko człowieka mniej.

M.

Podoba ci się moja twórczość? Postaw mi kawę klikając tutaj lub kup moją książkę tu.

Fot. Arne Winter, Unsplash

Dodaj komentarz