Kiedyś będę musiał się przejść na jakiś marsz.
W Polsce jest ich w końcu pełno. Choć samo powiedzenie „przejść się na marsz” ma jakiś nierealny wydźwięk. Skoro idę na marsz, to będąc w drodze na niego, jestem już jego uczestnikiem? Czy marsz zaczyna się dopiero od jakiegoś momentu, kiedy na przykład jakiś organizator krzyknie „ok, to maszerujemy!”. Tak czy inaczej – będę się musiał na jakiś przejść, nawet jeśli jego idea nie będzie zgodna z moimi przekonaniami. Chodzi o samo sprawdzenie, jak taki marsz wygląda i po co one w ogóle są, bo sprawa wydaje mi się komiczna. W końcu wyobraźmy sobie, że w danym miejscu o danej godzinie zbiera się tysiąc osób. Stoją sobie one np. w upale, trzymają jakieś flagi, race, plakaty i – ot, po prostu – stoją sobie. W pewnym momencie przychodzi ktoś w białej koszuli, z mikrofonem i woła „Dobra, to idziemy!”. Wszyscy odpowiadają „Tak jest, prawda, idziemy! Nasz chód jest jedyny prawidłowy! Tylko prawa strona chodnika!”. Dwa tysiące nóg rusza w jakimś kierunku, blokując ruch jak pielgrzymki w sezonie pielgrzymkowym, aż w końcu dochodzą do jakiegoś miejsca, krzyczą jeszcze trochę do… chyba do samych siebie i potem co? Lider w białej koszuli i mikrofonem w dłoni woła „Dobra, dzięki za spacer!” i to tyle? Jak się kończą takie marsze? W którym momencie ludzie zaczynają myśleć „ok chłopaki, i co teraz?” lub „ja już spadam na pociąg”? I w końcu, czy chodzenie, dla samego dojścia gdzieś coś zmienia? Czy może daje to po prostu czemuś wyraz, czyli nie zmienia nic, ale pozwala oszaleć w grupie, a nie samotnie, w czterech ścianach.
A propos szaleństwa grupie – ostatnio przypomniałem sobie, jak kilka lat temu z moją Kasią zostaliśmy zaproszeni na mszę w pewnej intencji do kościoła w jednej z pobliskich wsi. Wiedziałem, że sprawa ma dla zapraszających duże znaczenie, więc w dzień mszy wskoczyliśmy w samochód i ruszyliśmy w drogę. Po chwili znaleźliśmy się już pod kościołem, w którym ja byłem drugi raz, ale dopiero teraz zauważyłem rzecz iście opętaną.
W środku nie było jeszcze tłumów. Upatrzyłem sobie ławkę i podszedłem do niej. Na jej brzegu była nawet miniaturowa gablotka z karteczką w środku, na której z góry na dół były wypisane nazwiska. „Ciekawe”, pomyślałem. „Pewnie to jakieś ogłoszenia pogrzebów albo intencji w nowej formie”. Usiadłem pokornie w jednym miejscu, Kasia obok mnie, a ludzi zaczęło przybywać, i przybywać, i przybywać. W ławce zaczęło się robić ciaśniej. To z lewej, to z prawej dosiadali się ludzie młodsi i starsi, sapiąc, jakby… jakby wrócili z jakiegoś marszu. Wpatrywali się we mnie. Nie poznawali niemiejscowej twarzy. Wpatrywali, sapali głośniej, cisnęli się bardziej do środka, aż w końcu podniosłem ramiona, żeby być węższym. Z daleka musiałem wyglądać, jakbym wzruszał tymi ramionami i bez przerwy mówił „nie wiem”. I faktycznie nie wiedziałem – ale co tu się dzieje. W pewnej chwili doszło do tego, że jakiś stary chłop niemal siedział mi na kolanach. Czy to było już molestowanie? Jeśli tak, to ksiądz na ten widok, musiał mieć pod sutanną dłonie złożone do intensywnej modlitwy. Stojący wierni patrzyli na nas i kręcili głową z chrześcijańską dezaprobatą. „Naprawdę chciwość pobożnych dupsk i ich pragnienie doznania zbawiennego siedzenia urosła aż tak bardzo przez ostatnie lata?”, myślałem. Kiedy w ławce, w której mogło zmieścić się maksymalnie dziesięć osób, było nas piętnastu, wyszedłem stamtąd jak poparzony. Udała im się kolejna krucjata.
Na zewnątrz dowiedziałem się, że lista nazwisk na ławkach, to nazwiska osób, które mają wykupione miejsce na każdą mszę.
Należy więc teraz czekać, kiedy przed każdym nabożeństwem przy drzwiach będzie stał lokalny święty Piotr i sprzedawał popcorn, oczywiście płatny kuponami z aplikcji “Co łaska“.
M.
Podoba ci się moja twórczość? Możesz postawić mi kawę klikając tutaj, kupić moją książkę w papierze tutaj, albo w wersji ebook bądź audiobook tu.
Fot. Asher Pardey, Unsplash