W zeszłym tygodniu facebook przypomniał mi, że 13 lat temu wyjechałem do Holandii na robotę.
Byłem wtedy nastolatkiem świeżo po technikum, zaczytanym i wpatrzonym we wszystko, co napisał i nagrał Wojciech Cejrowski. Jechałem podbić świat, wbić flagę z moimi inicjałami w centrum Rotterdamu, żeby potem wrócić na ojczyste tereny i opowiadać o bitwach, które koniec końców toczyłem tak naprawdę sam ze sobą.
W dniu wyjazdu miałem już za sobą jakieś prace, niewielkie, na zlecenie, ale teraz czekała na mnie prawdziwa umowa, wielki magazyn i nowa umiejętność – nauczyłem się liczyć do stu po holendersku oraz poznałem kilkanaście zwrotów, które sądziłem, że przydadzą mi się w kontakcie z człowiekiem, żyjącą istotą ludzką.
W upalny dzień wsiadłem więc do autokaru z żarciem na pierwszy tydzień i ruszyłem w drogę. Z ekscytacji nie mogłem długo zasnąć. Trasa była wykańczająca i często mijaliśmy strefy gospodarcze, które po wielu doświadczeniach z nimi, dzisiaj odrzucają mnie od siebie i budzą wewnętrzny niepokój.
W końcu dojechaliśmy do Tilburga, gdzie w ciemnym biurze kazali nam coś podpisać. Przegrupowali nas, powsadzali do samochodów, i zawieźli do Rotterdamu, żeby znowu zająć się jakąś papierologią, tym razem w oszklonym biurowcu. Wszędzie wykładzina, nowoczesne meble, abstrakcyjne obrazy na ścianach i niewolniczy zapach, który unosi się w każdym biurze, jakim w swoim życiu byłem. Wszystko idealne, równe, odkurzone i wyprasowane twarze.
– No i jak tam panowie? Jak podróż? – zagaił jakiś Polak, który okazał się być kimś w rodzaju opiekuna nowych pracowników. Widziałem go tylko dwa razy.
– Dobrze – odpowiedział ktoś w tle, a potem tło się zmieniło, bo opiekun zawiózł nas do centrum Rotterdamu. Zaparokowaliśmy przy niskiej, ceglanej kamienicy, niedaleko parku i centrum handlowego wielkości miasta, z którego wyjechałem.
– Ok, tutaj będziesz mieszkał ty i ty – wskazał na mnie i jakiegoś chłopa dwa lata starszego ode mnie. – Chodźcie, pokaże wam.
Mieliśmy szczęście. Tak przynajmniej nam się wydawało. Dostaliśmy własne duże mieszkanie, gdzie inni lądowali w hotelach z jednym prysznicem na kilkudziesięciu pracowników. Podobno ci, którzy ostatni brali prysznic, stali w zapchanym, pełnym brodziku, gdzie pływały wszystkie fantazje tych, którzy byli tam bez swoich kobiet.
A my all inclusive – do sklepów blisko, na przedpokoju dwa rowery, i tylko jeden lokator. Nie pamiętam jego imienia. Niech będzie, że nazywał się Kamil.
– To jest Kamil – opiekun przedstawił nas sobie. Ja pierdole, pomyślałem. Nasz nowy kolega, niewiele starszy, szedł przez mieszkanie połamanym krokiem. Kręcił szybko głową we wszystkie strony, a ręce wyginało mu w różne kształty. – Wszystko wam opowie. Tu jest mój numer. Jakby co, to dzwońcie. Narka.
– Siema, ahihihi – przywitał się Kamil napinając i poluźniając szybko kąciki ust. – Sprawa jest taka że ten pokój jest wasz a ten mój i nie wchodzimy sobie w drogę ja generalnie hihi jestem ugodowy pracuję tu już rok i wiem wszystko więc pytajcie – mówił bez przerwy na wdech.
Pokój był w porządku. Duży i z oknami na ulicę. Dwie szafy, dwa łóżka, stół. Drugi koniec pokoju był przejściem do pokoju Kamila. Pokazał nam swój bałagan i wytłumaczył co i jak. Mówił, że roweru lepiej nie zgubić, bo są kurewsko drogie, że brygadzista jest chujem, a na halę jest daleko.
Dzień przyjazdu był dla nas czasem wolnym. Przeszedłem się po okolicy i jedyne, co mnie zaciekawiło, i czego dawno już w Polsce nie widziałem, to wypożyczalnia kaset VHS, z przewagą filmów dla dorosłych. Witryny tego miejsca wyklejone były plakatami z gołymi babami, zasłoniętymi tu i ówdzie. Nie – nie miałem ze sobą odtwarzacza i niczego nie wypożyczyłem. Nawet nie musiałem, bo cały pobyt tam był jednym wielkim jebaniem się ze wszystkim.
Z automatem, z którym w pracy rozmawiałem po holendersku przez mikrofon i słuchawki.
Z Polakami, którzy utrudniali robotę.
Z ćpunami, którzy nocą, na zaproszenie Kamila, krążyli po mieszkaniu.
Ze śmieciami, z którymi krążyłem po ulichach, bo nie wiedziałem gdzie je wyrzucić, a które wyrzuciłem w końcu kilka razy jakiemuś Holendrowi do prywatnego kontenera. Myślałem, że to śmietnik, kiedy holenderskie śmietniki to eleganckie zsypy pod ziemię i w ogóle nie przypominają polskich.
Z polską fryzjerką, która zaczęła mnie obcinać, ale kiedy sobie przypomniała, że ma umówioną klientkę, to ojebała mnie byle jak. Szybko i mocno, tak, że w drodze powrotnej poczułem jak krew mi ścieka po karku.
Z grupą murzynów, w których wjechałem rowerem, bo zapomniałem, że hamowanie w moim rowerze jest przez wykręcenie pedałów do tyłu. Wymyśliłem przy tym nowy rodzaj turystyki – spierdalanie krajoznawcze. Poznałem lepiej miasto.
Mam też wrażenie, że wtedy, nocą, kiedy Rotterdam spał, a ja jechałem 15km do pracy po czystych, pustych ulicach, we mnie, bardzo powoli, zaczęło budzić się pisanie.
M.
Podoba ci się moja twórczość? Możesz postawić mi kawę klikając tutaj, kupić moją książkę w papierze tutaj, albo w wersji ebook bądź audiobook tu.
Fot. Bruno Guerrero, Unsplash