Lekcja tańca – opowiadanie

Nic z tego”, przeczytała wiadomość od matki. „Znowu nie ruszył. Wróć autobusem. W torbie masz drobne na bilet.
Marta zaczynała przyzwyczajać się do tego, że stary rzęch, który odchodząc zostawił po sobie jej ojciec, zimą nie będzie w humorze do odpalania swojego silnika. Zresztą nigdy nie był. Wiosną i latem się przegrzewał, dymiąc i trując pasażerów, a jesienią od deszczy zżerała go rdza. Ojciec nie zostawił po sobie nic, co by działało.
Trudno. Będę jak najprędzej. Pani Patrycja powiedziała, że na następnych zajęciach muszę zapłacić za lekcje. To już drugi miesiąc mamo”, odpisała.
Osiedle kostniało od mrozu, okrywając się jedynie ciemnością. Światła w mieszkaniach powoli gasły. Zgasło również to z sali, na której jeszcze przed chwilą Marta z koleżankami trenowała równowagę, stojąc na czubkach swoich puent. Zniknęły koleżanki, zniknął pot z czoła, zaczęło znikać ciepło.
Cisza. A po chwili jej brak. Świeży śnieg pod jej stopami skrzypiał głośno. Lubiła ten dźwięk. Gdy szła samotnie białymi ścieżkami, był on niezwykle wyraźny, przyjemny dla ucha, i cały dla niej.
Latarnie rzucały słabe ciemnożółte, niemalże pomarańczowe światło na bloki, drzewa i przystanek autobusowy. Mały, za to solidnie zrobiony z cementu. Jego wnętrze wypełniała czerń.
Marta oparła się o jego ścianę i wpatrując się w opadające, grube płatki śniegu wpadła w trans. Świat zniknął. Uciekł, gdzieś wraz ze swoim brudem, hałasem, zepsutymi samochodami, i wszystkim, co niepotrzebne. Świat zniknął. Uciekł z czuciem w jej palcach u stóp. Najpierw była zwykła wilgoć, potem zaczęła przeskakiwać z nogi na nogę, łudząc się, że dzięki temu buty nie przemokną, a jeśli już to przemokną trochę później. Ale później przestało istnieć, bo świat przecież zniknął, między białymi talerzami, sypiącymi się z nieba. Uciekł wraz z czasem.
– Będę stała tu do usranej śmierci – powiedziała pod nosem.
– Ja też – z czerni przystanku wydobył się ochrypły głos. Marta zadrżała. Ciepło wróciło. – Bardzo przepraszam. Nie chciałem pani wystraszyć.
– Za późno. Już pan to zrobił.
– Tak jak powiedziałem, przepraszam. Ten stary skurwiel, o proszę wybaczyć, ten dziad spóźnia się już dwadzieścia minut. Jak przyjedzie, to mu moją laskę w dupę wsadzę, aż po sam uchwyt – głos ucichł. Ciemna sylwetka, która przez cały czas siedziała w swojej ciszy i niezauważeniu wstała, i szurając stopami po ziemi wyszła do światła. Wszystko się zgadzało. Ochrypły głos należał do starszego mężczyzny o zgarbionej budowie. Poruszał się bardzo ociężale, podpierając się laską, która miała znaleźć się w kierowcy. Okryty był cienkim, lecz długim brązowym płaszczem, beretem i czarnymi, skórzanymi butami. Za sobą ciągnął walizkę na kółkach.
– Długo pan tu siedzi?
– Mam wrażenie, że wieczność.
Marta uśmiechnęła się wyraźnie.
– Pani tańczy prawda? Wiem, bo widziałem przez chwilę w oknie, jak podskakujecie w tych swoich strojach. Tak, wy baletnice. Moja żona też tańczyła balet.
– Wspaniale. Wraca pan do niej?
– Nie do końca. Żona umarła dziesięć lat temu na raka trzustki. Mieszkaliśmy w Warszawie. Ja nadal tam mieszkam, ale ona pochodziła stąd, i chciała tutaj być pochowana. Co roku przed świętami ją odwiedzam. Ledwo co wysiadłem
z pociągu. Nie wiem, czy o tej porze przyjmą mnie jeszcze w hotelu – mężczyźnie zadrżał głos.
Marta ukryła wzruszenie za miną mającą mówić, że wszystko będzie dobrze, i że starszego pana z pewnością przyjmą, nawet i w nocy. Samotność od zawsze była czymś, co ją dotykało, i czymś, czego się bała. A samotność w okresie, gdy nie powinna ona istnieć w ogóle, drapała jej serce.
– Sądzę, że… O! Zdaje się, że jedzie – przerwała myśl.
Autobus toczył się wolno. Dawał za wygraną zaśnieżonej ulicy.
Drzwi otworzyły się z hukiem. Za nimi siedział grubo ubrany kierowca.

– Jeśli nie masz legitymacji, to musisz kupić cały bilet, inaczej nie pojedziesz – powiedział wąsacz za kierownicą.
‘Ty skurwysynu’, pomyślała Marta słowami dorosłych, chociaż dorosła nie była. Nigdy też się tak nie wyrażała. Matka wychowała ją na kruchą i delikatną dziewczynę, która tylko miewała złe i brudne myśli. Odwróciła się na pięcie, ale wyjść z autobusu nie zdążyła. Mężczyzna z przystanku, eksponując portfel z plikiem banknotów, rzucił na metalową tacę pieniądze za bilety dla dwóch osób, po czym wskazał dziewczynie palcem, że ma zająć sobie miejsce. Drogę portfela do luźnej kieszeni płaszcza obserwowali wszyscy. Marta, kierowca i dwóch rosłych dresiarzy, słuchających na głos rapu z taniego telefonu.
– Jedziesz do centrum? – mężczyzna zapytał, siadając po chwili obok dziewczyny.
Kiwnęła.
– Znasz hotel „Praga”?
Kiwnęła ponownie.
– Ja nie. Jeśli jest niedaleko, zaprowadzisz mnie tam? Sam będę błąkał się do jutra. I jeszcze ta ciężka walizka…
Marta niechętnie, ale się zgodziła. Czuła, że ma wobec mężczyzny do spłacenia jakiś dług. A z obserwacji mamy wiedziała, że złe rzeczy dzieją się, kiedy długi są niespłacane.

Przystanek: dworzec autobusowy”, powiedziała kobieta z głośnika. Wysiedli wszyscy.
Za dworcem był park. Zdawał się być ciemny i pusty. Szli w ospałym tempie mężczyzny. Wlókł się bardzo wolno. Marta czuła, jak telefon wibruje w jej kieszeni. Ktoś dzwonił. Pewnie mama, ale dziewczyna nie odebrała. Tarcie telefonu o dżins i nogę było dla niej przyjemne. Przywracało odrobinę czucia na przemarzniętej skórze.
Śnieg nadal przyjemnie skrzypiał. Jego idealna gładkość nie była do teraz przez nikogo naruszona. Świat powoli zasypiał.

Niebieskie ledowe światło napisu „Hotel Praga”, wiszącego nad głównym wejściem, oświetlało schody. Zwinnie pokonali kilka śliskich stopni i chwilę później ich twarze zwiędły z radości po kontakcie z ciepłem holu.
Wnętrze hotelu było skromne. Mały stolik z kilkoma starymi gazetami, kwiatek w kącie, dwa brązowe, skórzane fotele, a na drewnianej podłodze leżał mały, czerwony dywan. Zupełnie nie pasował do reszty. Na recepcji siedziała kobieta w średnim wieku.
– Dobry wieczór. W czym mogę pomóc? – zapytała dźwigając z krzesła swoje ciało ubrane w za dużą ilość tłuszczu i roboczy elegancki mundur.
– Pokój dla jednej osoby proszę – odpowiedział mężczyzna ściągając beret.
– Został nam tylko jeden, i to dla dwóch osób.
– Kurwa jego mać – zaklął cicho pod nosem. – Niech będzie.
– Poproszę dowód. Dziękuję. Sześćdziesiąt złotych. Rano zapraszamy na śniadanie, jest w cenie. Pana pokój ma numer 17, i jest na drugim piętrze.
Telefon Marty wibrował bez przerwy. Mięśnie jej brzucha kurczyły się od poczucia winy. Wiedziała, że nie jest w miejscu, w jakim powinna być o tej porze. Było kilka minut po dwudziestej pierwszej.
– Pomogłabyś mi jeszcze z walizką? To upokarzające, że sam nie dam rady. Proszę, nie każ mi robić cyrku. Tylko to, i już cię puszczam. Na zewnątrz jest ciemno i niebezpiecznie. Dam ci za to na taksówkę – twarz mężczyzny nabrała żałosnego, błagalnego grymasu.
– W porządku. Byle szybko – Marta odpowiedziała stanowczym głosem.

Brązowe, solidne drzwi otworzyły się cicho. Za nimi był pokój z dwoma pojedynczymi łóżkami, okrytymi białą pościelą. Między nimi stała nocna szafka, a na niej lampka.
– Postaw walizkę w kącie za drugim łóżkiem, proszę – powiedział mężczyzna i niezdarnie ściągnął z siebie płaszcz, rzucając go na łóżko. Leżał teraz sam, wyróżniając się swoim brudnym brązem, na tle jasnej kołdry. Wyraźnie pachniał mokrym zamszem i czymś więcej. Czymś, czego wielu ludziom brakuje, i co kusi. Pachniał plikiem łatwych pieniędzy.
Wibracje telefonu Marty stały się nieznośne. Wyciągnęła go z kieszeni i mocno nacisnęła czerwony przycisk, rozłączający połączenie od mamy. Jeszcze przez chwilę, gdy mężczyzna krzątał się po pokoju, wpatrywała się w wołającą ją kieszeń.
– Muszę iść – powiedziała jednak z trudem, chwytając klamkę.
– W porządku. Pomogłaś mi bardziej, niż ja tobie. Nie powinienem był cię tutaj przyciągać. W dodatku tak zmęczoną po treningu. Wybacz. W lodówce jest woda. Mogę chociaż jeszcze tyle dla ciebie zrobić, i nalać ci jedną szklankę? Bez obaw. Nie zapomniałem o twojej taksówce – zapytał speszony.
‘To akurat nie jest zły pomysł’, pomyślała.
– Niech będzie.
Dźwięk wody mineralnej, wylewającej się z butelki, i uderzającej o ściany wysokiej szklanki, napędził Marcie apetytu i wysuszył cały jej przełyk, który tylko czekał, aż utonie w hotelowych kroplach zbawienia. Napoje
i obiady w obcych miejscach, często przecież smakują lepiej, niż te w domu, do których nasze usta i języki się przyzwyczaiły.
– Spokojnie, bo się zadławisz – powiedział z uśmiechem mężczyzna.
Pół szklanki wypiła na raz. Przerwa na oddech. Zaśmiali się oboje. Marta piła, jak gdyby wróciła z wycieczki po pustyni lub ledwo co obudziła się z potężnym kacem. Ale do odległych wycieczek i libacji alkoholowych było jej jeszcze daleko.
Bardzo daleko.
Daleko.
Bardzo, bardzo daleko.
Dalej.
Coraz dalej.
Coraz…
Szklanka wypadła jej z dłoni, rozbijając się głośno o panele, po czym sama upadła na podłogę.
Zasnęła.

*

Biel.
Biel sufitu przekłuwana rażącym światłem, a za oknem ciemność.
Wszystko było rozmazane. Plamy w każdym kolorze mieszały się ze sobą w oczach Marty. Jej ruchy były wolne,
a słowa niewyraźne i przeciągane, jak gdyby chciały zostać w ustach i zdrętwiałej żuchwie. Czuła się jak zamarznięta kłoda, bezwiednie dryfująca z nurtem rzeki.
Zamarznięta kłoda. Zamarznięta…
‘Zimno mi’, spostrzegła.
Obraz wyostrzał się. Podniosła delikatnie głowę i zmierzyła siebie wzrokiem.
‘Łóżko. A na łóżku ja’, dochodziło do niej powoli.
‘Pokój. Pokój w hotelu „Praga”. Byłam tutaj kiedyś. Kiedyś albo przed chwilą.’
Ponownie spojrzała na siebie.
‘Łóżko. A na łóżku ja. W bieliźnie.’
Obraz stał się ostry.
– Jeśli będziesz krzyczeć, zatkam ci usta szmatą. Dokładnie taką samą, jaką jesteś ty – powiedział starszy mężczyzna, siadając przy niej.
– Aaaa! – dziewczyna zaczęła się drzeć i wiercić, ale jej nogi i ręce przywiązane były do metalowych obramowań łóżka.
– Nie lubię tego robić, ale muszę – zapchał jej usta. – Uroczo wyglądasz bez ubrań. Nie rzucaj się, bo tylko stracisz energię. Jesteś głupsza niż myślałem.
Marta spojrzała na niego z brakiem zrozumienia.
– Mówiłem ci przecież, że przyjeżdżam tutaj co roku – ciągnął dalej. – Nie wpadłaś na to, że gdyby to była prawda, to doskonale wiedziałbym, gdzie jest hotel?
Mężczyzna położył lewą dłoń na jej brzuchu i zaczął go delikatnie masować. Uśmiechem zdradzał, jak bardzo podobała mu się delikatność niezwykle bladej skóry Marty. Miała idealną, wysportowaną talię i szerokie biodra, doprowadzające starszego mężczyznę do płonących myśli. Wiedział, co z takimi biodrami można robić. Wiedział, jak bardzo wygodne są one w uchwycie, gdy stoi się za nimi, a one poruszają się tylko w jednym kierunku. Posunął dłoń trochę wyżej. Bardzo dokładnie dotykając każde jej żebro, aż w końcu palcem wskazującym otarł się o szorstki, różowy biustonosz. Ten nie był wypełniony całkowicie, ale średniej wielkości piersi, gdyby je lekko pchnąć, same wypadłyby, odsłaniając sutki, o których kolorze rozmyślał od początku drogi do hotelu. Szczyt jej nóg ozdabiały równie różowe, co biustonosz majtki.
Marta odbijała się całymi siłami od materaca, ale nie powodowała hałasu, dudnienia, stukania, szurania. Czegokolwiek, co by dało komuś znak, że pokój obok dzieje się coś złego.
Jej tam nie było.
Mężczyzna wstał wolno i zaczął się rozbierać. Flanelową koszulę i sztruksowe spodnie zrzucił na podłogę. Stał teraz obnażając swoje stare i pomarszczone ciało. W uczciwym pojedynku, nie miałby szans nawet z najchudszą nastolatką. Był wysuszony. Jego klatkę piersiową porastały resztki siwych włosów. Skóra na jego udach wisiała obleśnie, jak wisiały jego slipy, i to co w nich było. Ściągnął skarpety i wszedł na łóżko.
Ukląkł nad Martą, rozłożył jej nogi, szeroko jak tylko mógł i sam nie wiedział, jak zacząć się nią cieszyć. Chwycił ją za kolana i zaczął wędrować dłońmi po udach dziewczyny. Czerwonych i rozgrzanych od desperackiego wiercenia się udach. Miękkich i soczystych udach. Udach mokrych od potu. Udach tylko jego. Udach skrywających skarb. Wsadził jej dłonie pod majtki i ściągnął je, obnażając młodą, wstydliwą kobiecość.
Marta zacisnęła nogi,
ale mężczyzna rozłożył je ponownie
i starając dostać się do źródła swojego szczęścia,
walcząc,
odpychając kolana,
szarpiąc się z nastolatką
usłyszał pukanie do drzwi.
Naciągnął na Martę jej bieliznę i sapiąc podszedł do judasza. Spojrzał dokładnie. Odetchnął i otworzył wejście.
W pokoju pojawiła się recepcjonistka. Marta spojrzała na nią błagalnie o pomoc, czując jej różany perfum. ‘Tak pachnie wolność’, myślała. ‘Tak pachnie ratunek.’
– Jednak ci się udało – powiedziała z uśmiechem do mężczyzny.
– Nie było większego problemu – odpowiedział z dumą.
– Nie uważasz, że ta jest trochę za młoda? Ma jakieś siedemnaście lat.
– Tych mam najmniej na koncie. Po co przyszłaś?
– Sprawdzić, jak się sprawy mają, i czy wszystko w porządku. Długo nie schodziła na dół. Już myślałam, że to ona tobie coś zrobiła – zaśmiała się.
Marta jęczała, wijąc się w zmiętej pościeli.
– Zabawki masz tam, gdzie zawsze. O pieniądzach porozmawiamy później. Bądź cicho, bo w hotelu śpią dwie pary.
I pamiętaj, że jak nabrudzisz, to zapierdolę cię twoim własnym sprzętem – dokończyła recepcjonistka i wyszła.
Mężczyzna zamknął drzwi na klucz, po czym podszedł do nocnej szafki, stojącej między łóżkami. Wysunął szufladę
i wyciągnął z niej małą, czarną walizkę, wielkości zwykłej apteczki. Otworzył ją i zadrżał z ekscytacji.
– Widzisz? – wyciągnął skalpel na pokaz. – Potem zobaczymy, czy w środku też jesteś tak piękna, jak na zewnątrz. Ale jak na razie dokończmy to, co zaczęliśmy.
Wspiął się na łóżko, znów między nogi dziewczyny. Ta czuła się coraz słabiej. Może to tylko zły sen? Może nie potrafi się wybudzić? Zbierało się jej na wymioty, ale powstrzymywała je, bo ze szmatą w ustach prędko by się nimi udławiła.
Zrywała się jeszcze do ostatnich szarpnięć całym ciałem. Mężczyzna miał dosyć walki. Sięgnął po lampkę, stojącą na szafce, i wyrywał ją z kontaktu. Wziął zamach i z całym swoim ciężarem uderzył nią Martę w twarz.
Ze skroni pociekła jej krew, jednak wierciła się dalej. Mężczyzna znów uderzył, łamiąc dziewczynie nos. Jej klatkę piersiową zaczęły zdobić czerwone plamy. Większe i większe. Aż w końcu rozmazywały się brudząc biustonosz. Uderzenie.
Marta zemdlała.
– Ty mała kurwo – powiedział pod nosem. Sapał. Żadna inna dziewczyna, którą wcześniej przyprowadzał do tego hotelu, nie była tak waleczna. Niektóre nawet godziły się na takie zabawy, za odpowiednie pieniądze, i to te zazwyczaj były najgorsze w łóżku. Nie było przy nich ani odrobiny dominacji, ani krzty brutalności. Leżały sztywno, a potem żądały kroci. Dostawały je. Dostawały nawet więcej. Mężczyzna obsypywał je pieniędzy, a te cieszyły się i podawały swój numer telefonu, mówiąc że na takie spotkania są zawsze chętne.
I tak do połowy ubrane, z banknotami schowanymi do torebki, nigdy nie wychodziły z pokoju o własnych nogach. „Komu potrzebna taka kobieta, co głupia jest i dupy nie potrafi porządnie dać? Zbędny element świata. Ścierwo”, zwykł mawiać starszy mężczyzna, i dla tych, co same się oddawały, nie miał litości.
Jednak Marta była inna. Niezwykła w swojej piękności, i pociągająca w waleczności.
Była szczupła, ale z jej krągłymi pośladkami, wypełniającymi całe dłonie, zupełnie nie wyglądała jak baletnica. Może na lekcjach była jedną z najgorszych?
Mężczyzna pochylił się nad nią i zaczął delikatnie całować jej podkreślony, ubrudzony krwią obojczyk. Zszedł niżej. Jednym ruchem zerwał z niej biustonosz, obnażając piersi, które zakołysały się lekko, od jego gwałtownego ruchu. Były dokładnie takiego kształtu, jaki sobie wyobrażał. Okrągłe, pełne, jędrne i zakończone różowymi sutkami,
które najpierw potarł swoimi policzkami, a następnie wziął jednego z nich w usta. Drugą pierś trzymał w dłoni, masując ją, a nawet ściskając mocno, jak gdyby chciał wycisnąć z niej niewinność Marty, a potem upić się nią
i zasnąć, okrywając sobą jej ciepłe ciało.
Zszedł niżej. Brzuch całował intensywnie, ale krótko, bo najbardziej przyciągała go dziewczęca wilgoć.
Zsunął z niej majtki nisko, a te od naciągnięcia rozerwały się przy kostkach. Nagle hipnoza. W pokoju byli to Ona i On. Wpatrywał się Jej czystość i idealny kształt. Jego szczęka opadła z wrażenia, a zaraz potem nabrała śliny, jak gdyby na znak, że jest gotowa wypić soki w każdej ilości.
Przysunął się do Niej, jak najbliżej mógł, i w cieple młodych nóg dziewczyny, lewą ręką rozchylił Ją delikatnie, znajdując w środku to nieznalezione jeszcze prze nikogo. Samo centrum jego wszystkich pragnień.
Wzdrygnął się z zagubienia. Nie wiedział jak zacząć, a chciał zacząć z każdej strony, każdym ruchem. Chciał czuć Martę wszystkimi zmysłami.
Przyłożył usta i utonął w niej, niczym w najlepszej kolacji. W najlepszym daniu, które nigdy się nie kończy, które zawsze jest gotowe i soczyste, i podczas którego każde dotknięcie go językiem lub ustami, powoduje że głód rośnie.
Rośnie nieprzerwanie. Chyba że…
pukanie do drzwi.
– Co jest kurwa? – wstał w euforii, jak najszybciej podszedł do drzwi i je otworzył.
Za nimi stało dwóch drabów w dresach, którzy jechali z mężczyzną i Martą autobusem.
Weszli do środka.
– Siemasz dziadek. Dawaj ten swój portfel.
– Ale panowie ja mam przy sobie grosze – mężczynie załamał się głos. – Żadnego łupu ze mnie nie będzie.
– Nie pierdol. Widzieliśmy w busie, jak się chwalisz kasą. Dawaj portfel albo cię połamiemy.
– Skurwysyny – szepnął pod nosem mężczyzna, sięgając do płaszcza. – Jak tu trafiliście?!
– Metodą na wnuczka. – zaśmiał się jeden z drabów.
– Co jest kurwa?! – krzyknął drugi. – Dziadek odjebało ci? – podszedł do łóżka, na którym leżała nieprzytomna, zakrwawiona Marta.
– To nie wasz pierdolony interes.
Lewy sierp. Mężczyzna upadł. But. Nos trysnął krwią. But. Żebro do naprawy. But. Siniec. But. Łuk brwiowy rozcięty. Wyglądał, jak umazany krwią plaster szynki. Jeden z drabów wyprostował starcowi lewą nogę i podniósł ją lekko do góry. Drugi naskoczył na nią w kolanie. Złamanie otwarte. Sierp. Sierp. Sierp. Ciemność.

*

Świat był plamą o wielu barwach.
Każda z barw raziła ją swoją jaskrawością. Najwięcej jednak było czerni.
Marta przetarła oczy, odczuwając od razu, że nie jest już związana. Rozejrzała się wokół. Czernią była ona, a raczej krew na jej ciele.
Na zewnątrz panowała jeszcze ciemność, a w pokoju cisza. Smród potu wypełniał jej nozdrza. Przewróciła się na jeden bok, a po chwili wstała biorąc głęboki wdech z przerażenia. Na podłodze leżał mężczyzna, ten sam, z którym znalazła się w pokoju. Ubrany w same majtki wyglądał, jak świeżo poturbowana przez ciągnik świnia. Popękany, połamany, z wystającymi kośćmi. Nie miała sił dokładać mu czegoś od siebie. Ubrała się w swoje ciuchy i zeszła powoli na dół, gdzie spotkała kobietę z recepcji. Była nieprzytomna. Siedziała na krześle, odchylona do tyłu. Jej nos i policzki pokryte były zakrzepniętą krwią i bruzdami.
Marta wyszła przed hotel.
Mięśnie jej brzucha nie kurczyły się już od poczucia winy, że jest tam, gdzie nie powinna.
Jej niewinność została właśnie rozszarpana.
Powoli zeszła po schodach i ruszyła w kierunku domu.
Śnieg padał gęsto.

Fot. John Christian Fjellestad, Unsplash.com

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *