Myślałem, że nie istnieje.
Teraz widzę

wszędzie.
Między dźwiękami świata.
W mrugnięciu jej
brązowych oczu,
a potem w uśmiechu,
i w smutku też.
Słabnę i rosnę w siłę
jednocześnie.
To jak unoszenie się
nad przepaścią,
kiedy Ona jest jedynym wiatrem
chroniącym mnie przed upadkiem.

– Mateusz Jańta

Palący błękit dnia,
z dymem puszcza
ciało.
Przytulna szarość deszczu,
kradnie niematerialne.
Gęsta czerń nocy
usypia w lęku resztę.

Znikam,

i nie zostaje nic,
poza strachem,
że ty też możesz kiedyś
zniknąć.

– Mateusz Jańta

Niech na minutę wszystko
utonie, zgnije
lub spali się
w swojej chciwości
krwawiących dusz,
które za często
znajdują siebie w kimś innym,
i nie rzadziej duszą się
brudnymi ideami mas.

– Mateusz Jańta

Za mną chłód,
i chłód przede mną.
“Biegnij!”, słyszę,
chociaż nikt nie krzyczy.
Gdzie jestem?
Otaczają mnie góry
śliskich słów,
na które
wszyscy ślepo się wspinają.
Mimo że mojej ścieżki
nie widzę wyraźnie,
nie chcę stracić się
pod ich lawiną.

– Mateusz Jańta

Popiół.
A pod nim świat,
który ściany swej godności
burzy.
I żar,
co pod tym popiołem
sypiącym się z nieba
tli się,
czekając by spalić
fanatyzm iluzji, wszelkie kulty
i wiarę.
Co zostanie człowiekowi,
gdy zabierze mu się to,
czego i tak nie ma?

– Mateusz Jańta