Stoję na drodze i krwawię
nocnymi kolorami miasta.
Moje nietrwanie
trwaniem jest duszone.
Patrzę w dal,
a tam
czarna plama i blask latarni
niby ogień, co trawi
szczęście łzą zadrapane.
Chłód,
a ja nie chcę iść dalej.

– Mateusz Jańta

Pojawiła się

iskra,

i nagle
przestałem zwracać uwagę
na to,
jaki kolor ma płomień,
lub jak wielki on jest.
Cieszyłem się,
że chociaż przez chwilę
było ciepło.

– Mateusz Jańta

Myślałem, że nie istnieje.
Teraz widzę

wszędzie.
Między dźwiękami świata.
W mrugnięciu jej
brązowych oczu,
a potem w uśmiechu,
i w smutku też.
Słabnę i rosnę w siłę
jednocześnie.
To jak unoszenie się
nad przepaścią,
kiedy Ona jest jedynym wiatrem
chroniącym mnie przed upadkiem.

– Mateusz Jańta

Palący błękit dnia,
z dymem puszcza
ciało.
Przytulna szarość deszczu,
kradnie niematerialne.
Gęsta czerń nocy
usypia w lęku resztę.

Znikam,

i nie zostaje nic,
poza strachem,
że ty też możesz kiedyś
zniknąć.

– Mateusz Jańta

Niech na minutę wszystko
utonie, zgnije
lub spali się
w swojej chciwości
krwawiących dusz,
które za często
znajdują siebie w kimś innym,
i nie rzadziej duszą się
brudnymi ideami mas.

– Mateusz Jańta